Logo Biblioteka Publiczna
MiG Szamotuły
im. Edmunda Calliera

Burzy nie było.
Może małe wyładowanie. Pojedyncze. Od czasu do czasu.
Tak można scharakteryzować naszą styczniową dyskusję nad Burzą Steve’a Sema-Sandberga,
która sądząc po okładce i osobie autora zapowiadała się całkiem ciekawie.
I częściowo taka była, choć nie wszyscy dotarli do połowy książki, od której rzeczywiście powieść „ruszyła”.
Część klubowiczów odłożyła więc Burzę na inny czas, teraz kiedy część z nas choruje, część jest
na kwarantannach i zdalnej pracy, potrzebuje czegoś bardziej optymistycznego, a Burza to wyjątkowo mroczna opowieść.
Jest tu więc główny bohater Andreas, powracający na rodzinną wyspę, pełną tajemnic i wrogości wobec obcych, jest tu były właściciel majątku, powiązany z nazistami podczas II wojny światowej, jednocześnie botanik, założyciel rolniczego koła i sanatorium, w którym prowadził dziwne eksperymenty medyczne, jest dość odrażający zarządca majątku, i jest zagadka zaginionych rodziców oraz zmarłej siostry głównego bohatera,
której rozwiązanie nikogo nie satysfakcjonuje: ani Andreasa, ani nas, czytelników.
Co jest dobrego w tej książce?
Jest napięcie.
Od połowy książki powieść rzeczywiście bardzo wciąga.
Jest dobry, plastyczny język, który sprawia, że czytając, czytelnik zaczyna żyć wyspą.
Jest dużo dobrych przemyśleń i cytatów, jak np. ten: masa nie ma inteligencji, kieruje się wyłącznie instynktem, jest ciekawość, u niektórych chęć sięgnięcia do norweskiej historii II wojny światowej, a także… po inne książki Sema-Sandberga.
Ale poza tym wszystkim jest tu wszechogarniający smutek.

Nam jest smutno podwójnie – styczeń bez spotkania.