W październiku w DKK zanurzyliśmy się w treści „Kawalerki z witrażem” Łukasza Nicpana.
W tym tomie opowiadań autor wspomina i odwołuje do czasów dzieciństwa spędzonych
w powojennej Łodzi i Radomsku (u dziadków). Teksty są krótkie, ale pełne poezji.
Jest to jakby sto krótkich obrazów. Tak właśnie: obrazów, bo teksty te są czymś innym niż typowe opowiadania, innym niż błysk literackich miniatur – i nie ma wśród nich ani jednego, który pozwalałby na oddech, ponieważ brakuje w tym zbiorze, co rzadko spotykane, fragmentów słabszych. Bohaterami książki są wspomnienia. Ciche, niespektakularne, intymne, delikatne, jakby otulone ochronnym kokonem, nawet wtedy, gdy wplątuje się w nie wielka historia – a jednak wstrząsające. Sprawia to osobowość autora – człowieka obdarzonego przekleństwem, a zarazem błogosławieństwem NAD – owego tkliwego NADmiaru czucia, widzenia i słyszenia – cechy psychologicznej artystów wszelkich sztuk. Każde NAD ma swoje odrębne poziomy i konsekwencje. Bez wątpienia to Nicpanowe plasuje się w pobliżu najwyższego progu odczuwania. To ono sprawia, że
w jego pisarstwie najważniejsze jest nie to, co widzi w rzeczywistości, ale jak widzi.
Historie miłosne narratora – alter ego autora, to oryginalne i intrygujące tworzywo fabularne. Kocha Danuśkę z filmowych Krzyżaków, w której, dwunastoletni, zadurzył się po uszy w łódzkim kinie Bałtyk wczesną jesienią 1962 roku. Równocześnie kocha aktorkę Kalinę Jędrusik. I kocha też amerykańską astronautkę w szortach i białych skarpetkach. Kolejna wybranka narratora to Ewa Szykulska. Wszystkie te niespełnione miłości dzieją się niezależnie od Wielkiej Spełnionej ‒ do żony, towarzyszki ponad półwiecznej wspólnej drogi, wiodącej przez dziuplowate kawalerki (także tę, od której wziął się tytuł książki,
z pomalowaną własnoręcznie, przypominającą witraż szybą) Łodzi i Warszawy, świadkującej zdrowiu i chorobie, latom i zimom.
Również motyw niewinności jest wyraziście zaakcentowany w tej książce. Bo to właśnie sposób, miejsce i czas pożegnania się z niewinnością rzeźbią naszą duchowość, kształtują postawę wobec rzeczywistości, wpływają na hierarchię wartości, ustalają poziom bolesności NAD, słowem – determinują całe życie. W tym cichym posłannictwie pierwszoplanową rolę odgrywa wyobraźnia Łukasza Nicpana – zatracona w czasie, tkana
z impulsów, czerpiąca ze skarbnicy jego rozgałęzionego NAD, absolutnie wyjątkowa. Nicpanowy smutek nie chadza pod rękę z rozpaczą, nie zadaje się z histerią, nie sączy jadu czarnowidztwa – to smutek rozumny, współczulny z krążącym w uniwersum utrwalonym smutkiem losu wszechrzeczy, smutkiem, którym patrzą czasami oczy milczącego dziecka
i niektórych zwierząt, a także wchodzących z nami w relacje przedmiotów. Smutkiem objętym sacrum. Sam Nicpan niesie smutek z elegancją, z jaką arystokrata nakłada cylinder. Rozumie, że, paradoksalnie, znakiem rozpoznawczym fundamentalnego smutku jest zachowanie zdolności do śmiechu. Twórca „Kawalerki z witrażem” śmieje się lub uśmiecha niemal w każdym z wypełniających książkę obrazów. To uśmiech nienachalny, lecz wyczuwalny, szczery. W tym potraktowaniu smutku śmiechem objawia się klasa człowieczeństwa zmierzającego się z istnieniem. Co więcej, uśmiech przez smutek jest tu również, o ile nie głównie, wyrazem zachwytu życiem, które „potrafi być piękne. Nawet takie zapoczątkowane przez pomyłkę”.
„Kawalerka z witrażem” to literacki majstersztyk, w którym z ziarenek wspomnień wykiełkowuje frapująca wielopiętrowa konstrukcja. To wnikliwe studium ludzkiej NADwrażliwości, a zarazem bardzo osobisty przewodnik po ważkich, historycznych wydarzeniach towarzyszących pokoleniu Polaków urodzonych na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ale przede wszystkim jest to książka potwierdzająca, że poeta pozostaje nim także wtedy, gdy pisze prozę.
Następne spotkanie: 18 listopada, godz. 18:15. Czytamy „Wróżąc z fusów”- Marcelina Szumer-Brysz



